poniedziałek, 10 października 2011

Obywatel Jazz. Pierwsze spojrzenie na polski jazz

Mając na uwadze, że owa recenzja opisuje książkę napisaną 55 lat temu, starałem się patrzeć  na nią okiem młodego człowieka.  Jednak całkowite odwrócenie się od charakteru tamtych czasów spowodowałoby zminimalizowanie krytyki, niezrozumienie artystów, ich poglądów i odczuć. Miałoby to niebagatelny wpływ na wrażenia po przeczytaniu książki oraz wizerunek niniejszej recenzji. 

W polskim segmencie wydawniczym traktującym o muzyce, książka o jazzie to prawdziwa rzadkość i na próżno jej szukać na sklepowych pułkach.  Konstanty Regamey już przed wojną pisał o muzyce synkopowanej, zaś Leopold Tyrmand stworzył pierwsze powojenne dzieło o tej tematyce, głęboko wyczerpujące oraz objaśniające pochodzenie muzyki z Nowego Orleanu.  Istnieją także muzykologiczne dywagacje Trzaskowskiego i Schaeffera. Jednak wszystkie wyżej wymienione prace są pozbawione jednego, podstawowego elementu – nie odkrywają przed słuchaczem tajemnic polskiego jazzu. Obywatel Jazz z tej racji jest książką wyjątkową. To pierwsza książka polskiego autora, która opisuje rodzimą scenę tej muzyki. Z perspektywy czasu jaki minął, posiada ona wartość samą w sobie.

Autor – Jerzy Radliński – nie ukrywając własnej fascynacji jazzem, oraz szerokiej wiedzy na jego temat jak i samych polskich twórców, wnikliwie wprowadza czytelnika do każdego z 26 rozdziałów. Każdy z nich (prócz jednego) jest archiwalnym zapisem rozmowy autora z zaproszonym przez siebie gościem. Język rozmów nie jest fachowy w sensie muzycznym, ale z pewnością został ukształtowany przez setki książek, przesłuchanych płyt i odbytych rozmów ze znawcami tematu. Fakt ten podnosi wartość książki. Nie jest ona jedynie spisem rozmów z artystami, gdyż rozmowom tym brak sztywnej formy, jest raczej jak dyskusja dwojga znawców – aczkolwiek nie za każdym razem pasjonatów. Wybór artystów został tak zaplanowany, by nie zabrakło różnych wspomnień, komentarzy – także tych krytycznych.  Lecz choćby rozmówcy byli najbardziej obeznani w temacie, to na kilkanaście dyskusji musi znaleźć się kilka nużących, merytorycznie zmierzających w złym kierunku, z których czytelnik nie wiele zrozumie, a co dopiero poszerzy swoją  wiedzę.

Czytając książkę, przeniesiemy się do dawnych czasów, do początków ruchu jazzowego w Polsce. Do prekursorskich klubów, bez których – jak mawiał K. Komeda – nie ma prawa bytu istnieć rasowy jazz. Interesujące jest również to, w jaki sposób legendy polskiego jazzu (Komeda, Matuszkiewicz, etc..) przedstawiają swoją muzyczną edukację. Od przedszkola, jakim często był rodzinny dom, poprzez podstawówkę w krakowskich klubach oraz zdany egzamin dojrzałości na deskach zagranicznych scen muzycznych. Książka odkrywa wiele ciekawostek mi.in. – jakie znaczenie w muzycznej edukacji Zbigniewa Namysłowskiego odegrała jego babcia, pani Żeromska oraz dlaczego w środowisku jazzowym urosła do postaci legendy. Autor nie poprzestał na muzykach, postawił sobie jedno znaczące pytanie – jakie implikacje potrafią złączyć jazz z filmem, poezją a nawet sportem? Przed odpowiedzią nie uchronił się między innymi poeta, autor kilku prac o genezie jazzowej, osoba, której miłość do tej muzyki przekroczyła wszelkie granice „fobii” – tej w znaczeniu pozytywnym rzecz jasna. Chciał on zostać drummerem, a stał się poetą. Rzucił boks, bo siła fizyczna to pozór siły, ważniejsze są mocne nerwy – chociaż zainteresowanemu ich zabrakło i odpokutował to w więzieniu.

Każdy z rozdziałów posiada swój własny i adekwatny do charakteru artysty kształt. Raz J. Radliński korzysta z metafor, by już za kilka stron zaskoczyć czytelnika innymi, zupełnie wyszukanymi konstrukcjami, tak  jak w przypadku wywiadu z „Braćmi Rojek” – kim oni są, tajemnicy nie zdradzę.

Każdy z artystów wypowiada wiele bardzo dojrzałych i autorskich przemyśleń, z których jednak, jak myślę, ta jest najdosadniejsza: „Do jazzu powinno się odnosić z gorącym sercem, lecz bez sekciarskiego fanatyzmu (…) żeby słuchacz nie sugerował się tym, co piszą krytycy, tylko wierzył własnym uszom” – święte słowa panie Marianie.

Najważniejszym atutem Obywatela Jazz jest bogactwo archiwalnych informacji, które jedynie mogą nam zaserwować stare wydania Magazynu Jazz. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego fana jazzu, jak i osoby pragnącej poszerzyć swoją wiedzę na temat historii powstania ruchu jazzowego w Polsce. Fakty te sprawiają, że większość rozdziałów czyta się w mgnieniu oka.

Kwestia zasadnicza, podsumowanie, puenta kończąca obojętnie jakie dzieło – tytuł.  Gdy po raz pierwszy ujrzałem tytuł książki – Obywatel Jazz – zafrapowało mnie to, co ta pozycja może kryć. A kryje wiele, informacje w niej zawarte są na wagę złota dla każdego jazzowego „poszukiwacza”, jednak zabrakło mi w niej (pomimo rozmowy z twórcą Melomanów) informacji o szalenie ciekawych czasach „katakumbowych”. Zaproszonych artystów jest wielu: muzyków, dyrygentów, pisarzy, sportowców, czy aktorów, jednak pominięto w tym gronie jedną niezwykłą postać, mianowicie Zbigniewa Seiferta.

Mimo wyczerpanego  nakładu i braku nowych wydań warto odszukać tę książkę w antykwariacie, bo jak pisał Stanisław Kisielewski: „Polskiego jazzu takiego jak wtedy już nie ma, jest za to niniejsza książka o nim”. 

"Obywatel Jazz", Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Warszawa 1967, Jerzy Radliński

Brak komentarzy: