środa, 30 października 2013

Man Parrish - few Words from Back in the Days...

Możesz opowiedzieć o Twoich początkach i o tym jak wykształciła się w Tobie pasja do muzyki?

Moje pierwsze wspomnienia z tego okresu to Parliament. Byłem białym dzieciakiem zajaranym funkiem. Moi przyjaciele słuchali wtedy ekip jak Led Zeppelin, a Ja miałem funk w głośnikach. W tym samym czasie uczyłem się w szkole średniej o profilu sztuk teatralnych. Chciałem zostać aktorem.  Miałem czternaście lat gdy przebywałem w Metropolitan Opera, potem późną nocą wracałem do domu, włączałem telewizor i słuchałem Kool & The Gang... Więc miałem dziwaczne i zróżnicowane upodobania.

Urodziłeś się i wychowałeś w Nowym Jorku, tak?

Urodziłem się i wychowałem w Brooklynie. I żyję tutaj po dziś dzień. Opuściłem rodzinny dom, dość wcześnie, gdy jako czternastolatek starałem się działać w nowojorskim podziemiu artystycznym. Mam na myśli kluby jak Mudd Club, czy Danceteria. Bywałem w Max's Kansas City, na koncertach Blondie, Aerosmith czy Devo, na długo przed tym jak zdobyli popularność. Byłem wtedy młodym hipsterem czy kimś w tym stylu. Poza tym miałem okazję poznać ludzi jak Klaus Nomi, który z czasem stał się moim bliskim przyjacielem. Skończyło się na tym, że pracowaliśmy wspólnie nad jego występami, tak samo jak i moją muzyką.

Właśnie, byłem zaskoczony Twoimi powiązaniami z Klaus'em Nomi, gdy sprawdzałem dyskografię na Discogs. Czy możesz opowiedzieć kim był Klaus Nomi?

To było podczas show "New Wave Vaudeville",  który w dużej mierze był po prostu konkursem talentów dla dziwaków ze śródmieścia. Wtedy pracowałem nad numerem "Anarchy in the UK", który był w stylistyce disco. Sid Vicious, bardzo mi wtedy pomógł przy wydobyciu odpowiedniego brzmienia. Disco wtedy nie brzmiało za dobrze, było złym wyborem, ale Ja chciałem być nonkomformistą. Byłem uparty, dlatego postawiłem na wersję disco tego kawałka. Zrobiliśmy próbę na "New Wave Vaudeville" przy Irving Plaza, potem zgłosiliśmy całość do konkursu. Pamiętam, że byłem wtedy w przebierali na zapleczu, gdy nagle cały pogłos ze sceny ucichł. Po czym doszły do mnie dźwięki opery, ktoś śpiewał operę na scenie... Do garderoby zbiegli się wszyscy wołając "You have to see this guy, he's singing live opera (Musisz to zobaczyć, gość śpiewa operę na żywo)". Wybiegliśmy na balkon, skąd było widać scenę, gdzie Klaus stał ubrany w przeźroczysty płaszcz przeciwdeszczowy razem z zadymiarką która puszczała sztuczny dym na scenę. To było coś! Po całym zajściu polubiłem jego styl, on polubił moje eksperymenty muzyczno-elektorniczne. Od tamtej pory zostaliśmy przyjaciółmi i tak ja współtworzyłem muzykę na dwóch z trzech jego płyt, oraz wspólnie pracowaliśmy na kilkunastu występach na żywo. Opowiadał mi, że wychował się w Niemczech gdzie fascynował się Giorgio Moroder'em, był naprawdę wyjątkowy.


Jak potoczyły się Twoje losy, po kolei od bycia aktorem, po przygody w klubach, do eksperymentów z muzyką i elektronicznym brzmieniem?

Wiesz, w sumie zajarałem się muzyką elektroniczną po przez palenie jointów, których paliłem wtedy sporo (śmiech), ale to było kiedyś... Dziś już tego nie robię. Wtedy istniały ekipy jak Tonto's Expanding Headband czy Stockhausen i inne eksperymentalne grupy, które były dla mnie w pewnym sensie inspirujące, ponieważ nigdy nie byłem fanem mainstreamowego brzmienia. Fascynujące była możliwość obcowania z tymi ekipami. Na początku nie mogłem się zdecydować jaka elektronika interesuje mnie najbardziej. Starałem się znaleźć zespoły, których muzyka pochłonęła by mnie, ale bez rezultatu. Przeszedłem się wtedy do sklepu elektronicznego, gdzie za 10$ można było dostać syntezator i podstawowy zestaw do tworzenia elektroniki, który potem trzeba było ze sobą zlutować. Wtedy nie wiedziałem jeszcze nic o lutowaniu i podłączaniu sprzętu, ale po spaleniu świetnie się słuchało tych dźwięków, dlatego siadałem sobie za konsoletą, uruchamiałem światła, stroboskop i wydawałem różne dziwne dźwięki w rytm muzyki... Po jakimś czasie dodałem do tego magnetofon który umożliwił mi nagrywanie tego materiału. Jedną z technik było nagrywanie dźwięku, a potem nanoszenie go na kolejny, więc tak powstawało coś w stylu, jak my to dziś nazywamy "ambient", ale Ja nazywałem to "soundscapes". Najlepsze rzeczy oczywiście wychodziły po paleniu. Z czasem to stało się pasją, powoli pojmowałem jak tworzyć muzykę. Do dziś nigdy nie brałem lekcji w tym temacie, wszystkiego nauczyłem się sam. Teraz nie wiem nawet jak pisać w siedmiu akordach. Wszystko co udało mi się stworzyć było oparte na brzmieniu. Ale dzięki znajomościom na undergroundowej scenie w śródmieściu, czy znajomości z Klausem Nomi, zacząłem zaopatrywać się w syntezatory, instrumenty klawiszowe i sprzęt do nagrywania. Ludzie przychodzili do mnie, by nagrywać demo, więc krok po kroku nauczyłem się jak pisać muzykę, jak tworzyć dźwięk, pamiętając o tym, że zawsze chodziło przede wszystkim o brzmienie.

Bywałeś w Paradise Garage?

Nigdy nie byłem w Paradise Garage, a zawsze chciałem tam być. W tamtym czasie muzyka była raczej szufladkowana. Było disco, były kluby gejowskie ze specyficzną muzyką, były kluby dla czarnych i Latynosów, były też miejsca w stylu New Wave, jak Danceteria i Mudd Club, gdzie spędzałem większość czasu. Oczywiście bywałem też w klubach disco, które zawsze były otwarte do późnych godzin nocnych. Normalnie lokale były otwarte do 2,3,4 nad ranem, po godzinach niektóre nawet do południa. Paradise Garage był czymś, o czym zawsze marzyłem. Wtedy w klubach nie było jeszcze zjawiska znanego jako DJ. Larry Levan był jednym z pierwszych grających dj'i, dla którego chciałeś iść do Paradise Garage. Słyszałem miliony opowieści o tym miejscu, ale jakoś nigdy tam nie trafiłem. Za to bywałem w prawie wszystkich legendarnych miejscach w Nowym Jorku. Występowałem w Studio 54, gdzie występ zacząłem opadając z sufitu na scenę. Madonna była postacią otwierającą mój występ... Wtedy nie była jeszcze znana, podobnie jak w Studio 54, bywałem też w popularnym klubie gejowskim znanym jako "The Saint" w East Village.

Bywałeś też w The Funhouse, tak?

Czasy The Funhouse to trochę późniejsza sprawa. Gdy zajmowaliśmy się moją pierwszą płytą, John 'Jellybean' Benitez był rezydentem, dj'em w The Funhouse. Przynosiliśmy mu nasz materiał w wersji testowej, a John puszczał te taśmy na imprezach, stojąc za konsoletami obok tej laski w ciemnych włosach i koszulce z napisem "I'm Madonna" - "Jestem Madonna". Tak na serio, The Funhouse, był wielkim magazynem, z kolumnami na parkiecie, skromnym oświetleniem i niesamowitym sound systemem produkcji Richard'a Long'a. Long to człowiek, który projektował jedne z najlepszych systemów w Nowym Jorku w tamtych latach. Kolumny bassowe, były tak olbrzymie, że pomieściłyby w całości człowieka, można było wejść do środka, do tego były wbudowane trzydziesto calowe membrany głośnikowe. Ludzie chodzili tam na imprezy, dlatego, że brzmienie basowe ze sprzętu Richard'a po prostu aż przechodziło przez ciebie, to było wspaniałe.  The Funhouse, to  było wyjątkowe miejsce, gdzie zdażało mi się również występować jak i bywać. Ale nie był to lokal w którym czułem się jak u siebie.

Opowiesz nam o Twojej przygodzie z hip hop'em?

Ludzie czasami myślą, że to ja jestem odpowiedzialny za stworzenie słowa "Hip Hop". Ale pozwól mi na wytłumaczenie na czym polega mój kawałek "Hip Hop Be Bop (Don't Stop)". "Hip Hop" to określenie pochodzące z jazzu, powstało w latach 40., jeśli się nie mylę, tak samo jak "Be Bop". Czyli hip hop to nic innego jak "hips hopping", czy też "hips dancing" (określenie ruchu bioder podczas tańca (hips [eng] - biorda)), natomiast "Be Bop" to określenie stylu, formy w muzyce jazz. Więc reasumując Hip Hop i Be Bop, to terminy którym nadano ponowne znaczenie. Na początku jak pamiętam, hip hop muzycznie to było coś, co później nazywano freestyle, co niektórzy mówili na to oldschool czy electro. Mam na myśli grupy jak Afrika Bambaataa, Soulsonic Force, Freeze czy Shannon. Muzyka którą grali, potocznie była zwana hip hop. Ale później to się zmieniło. Hip Hop nabrał innego znaczenia, zmienił się strukturalnie z muzyki tanecznej, w bardziej politycznie zaangażowane brzmienie oparte na rymach i rapowaniu przesłania.

Jak wspominasz moment, w którym zdecydowałeś się na stworzenie czegoś w stylu Hip Hop Be Bop (Don't Stop)?

Hip Hop Be Bop (Don't Stop), był bardzo eksperymentalnym numerem. Jeśli się w niego wsłuchasz, to poznasz jego strukturę... Nie ma w nim wersów, ani refrenu, nic co można by było nazwać klasyczną budową utworu.

Klip do Hip Hop Be Bop (Don't Stop), powstał w 1983 roku. Na tamten czas wytwórnie płytowe nie bardzo interesowały się inwestowaniem w promocję wizualną, w głównej mierze z powodu braku możliwości emitowania klipów w telewizji. Dlatego Man Parrish osobiście zorganizował wszystko co było potrzebne do realizacji tego projektu. Całość kosztowała $500, za 16mm kamerą stanął Merril Aldegeri. Materiał został nagrany w piwnicach budynku przy 14'stej i 9'tej ulicy w Brokklynie, gdzie mieszkał Man Parrish. Na materiale znalazł się również legendarny nowojorski preformer Joey Arias.



Ale mimo wszystko, jest to konkretny kawałek, który odniósł sukces?

Na początku, wcale nie okazał się wielkim hitem. To było dziwne, ponieważ można było usłyszeć go zarówno w latynoskich i czarnych klubach, tak samo jak w New Wave na śródmieściu. Potem wyszło na jaw, że jego autorem byłem ja, biały koleś z Brooklyn'u, więc większość czarnych klubów bojkotowała ten numer, gdy poznali prawdę. Gdy graliśmy z moją ekipą na żywo, było to bardziej na zasadzie i stylu, który preferował David Bowie, czy czarowania pokroju Boy George'a z Culture Club. Wiesz, miałem lśniący podkład na twarzy, używałem dużo zadymiarek scenicznych, miałem w zespole kolesi co ubierali sukienki i kręcili się w nich do muzyki... A po, albo przed naszym występem odbywały się imprezy w stylu czapek Kangol i sneakerów Fila. Więc jak miałem przetrwać na dłuższą metę, ogarniając eventy w klubach strikte hiphopowych (śmiech), ale widocznie udawało mi się to, więc wydaje mi się, że ludzie mnie akceptowali.

Więc w klubach panowała przyzwoita atmosfera?

Wiesz, wtedy rap nie był na fali, więc nie było żadych anty-gejowskich, anty-feministycznych przesłanek, takich jak dziś, gdzie ludzie narzekają na to czy na tamto. Rap nie był wtedy przesłaniem wymierzonym w kierunku stwarzania podziałów. Był bardziej zaangażowany w problemy egzystencjonalne, rymowano o sytuacji materialnej i społecznej. Nie mam na myśli tego, że dziś hip hop to coś złego czy negatywnego, jest dużo dobrego materiału dziś, tak samo jak kiedyś, ale wydaje mi się, że jednak dziś jest to wszystko bardziej spolaryzowane. Gdy zaczynałem występować, inspirowałem się m.in. Gwiezdnymi Wojnami, miałem maskę Darth Vader'a. Wymalowani kolesie w sukienkach skakali obok mnie, w oparach dymu... Miałem tak zaprojektowaną maskę, że przy zdejmowaniu dym wydobywał się spod kaptura, tak by widownia była nakręcona, wiesz.. Potem sciągałem kaptur i w wielu miejscach okazywało się, że jestem jedynym białym dzieciakiem, więc po minucie ciszy, myślałem, że wszyscy chcą mnie zamordować (śmiech). Make up, wymalowane oczy, wszędzie brokat, podkład na twarzy, taki miałem image. Z czasem okazało się, to wszystko do zaakceptowania, ludzie wołali, że jest "Cool", podobała im się moja muzyka, więc wydaje mi się, że to pomogło przełamać lody... Potem był to odbierane jako pokaz grupy dziwaków (śmiech).

Jak Ci się układały sprawy po premierze Hip Hop Be Bop (Don't Stop)?

Więc, niech wam opowiem najpierw o tym jak wypuściłem swój pierwszy singiel. Mój znajomy, pracujący nad edytowaniem muzyki dla pewnego magazyny muzycznego, wspomniał mi o pewnym gościu. Mianowicie Joe Gage, zajmował się wtedy kręceniem filmów porno i potrzebował kogoś, kto zajał by się produkcją muzyki na potrzeby jego filmów. Stawką był $1000 za stworznie całej ścieżki do filmu. Gość chciał odemnie trzy kawałki. Dwu, pięcio i dwunasto minutowe numery, z czego ostatni miał nosić tytuł "Heartstroke", który miał odwoływać się do tytułu całego projektu. Więc dobiliśmy targu i przekazałem mu materiał. Około sześciu miesięcy po całym zajściu, dotarła do mnie informacja, że ktoś puszcza mój kawałek "Heartstroke", w knajpie "Anvil Bar", gdzie w między czasie odbywały się niecenzuralne, wyłuzdane imprezy i inne tego typu rzeczy. Nie zastanawiając się długo trafiłem tam, by na żywo przekonać się co się stało. Podpierając ściany i zastanawiając się nad całą sytuacją, około ósmej nad ranem usłyszałem w głośnikach swój numer "Heartstroke". Podbiłem do Dj'a, który przekazał mi informację, że jedna z wytwórni pilnie poszukuje autora tego numeru. Na drugi dzień, zjawiłem się w siedzibie wytwórni by podpisać jednostronicowy kontrakt, z czego nigdy nic nie udało mi się uzyskać, przy sprzedaży ok. 3,5 mln kopii. Przedstawiłem im jeszcze moje inne produkcje, takie jak "Man Made", "Hip Hop Be Bop (Don't Stop)" i kilka innych numerów, więc tak w skrócie wyglądała historia z moim albumem. Niedługo potem, gdy album zaczął przyciągać większe zainteresowanie, zacząłem dostawać telefony z propozycjami tworzenia muzyki na zamówienie dla innych niezależnych źródeł, tak więc to był najbardziej twórczy, intensywny czas jaki wspominam. Brałem wtedy po $1000 od sesji, ponieważ żyliśmy dość skromnie. Mieszkałem wtedy na strychu, albo w piwnicach bez ogrzewania (śmiech). W zimie zaklejaliśmy okna folią plastikową, odkręcaliśmy piec, jedliśmy kanapki z masłem orzechowym (śmiech), to były czasy...

Jak się miały sprawy publikacji i należności od wytwórni?

Więc posłuchaj, jak to się stało, że straciłem przeszło 4 mln$ na podpisaniu umowy z wytwórnią. Będąc, dwudziestodwu letnim gówniarzem, przy podpisywaniu umowy, tak naprawdę nie wiedziałem co robię. To w sumie standardowa historia jeśli chodzi o temat muzyk-wytwórnia. Rok po podpisaniu umowy, domagałem się swojej należności. Zbywali mnie, stwierdzeniami, że to zajmię trochę czasu, często słyszałem tego typu wymówki. Gdy zdecydowałem się by postawić ultimatum, firma sprzedała moje materiały kanadyjskiej wytwórni Unidisc za $1000, podrabiając przy tym mój podpis w papierach. Więc moje publikację wyjechały do Kanady, a ja zdecydowałem się zignorować całą sytuację, gdyż nie miałem środków by przedsięwziąć konkretne posunięcia. Gorzką pigułkę, przełykałem dość częśto, gdy w sklepach z płytami pojawiały się świeże kompilację z moimi utworami, za które nie widzialem złamanego grosza. Po latach dowiedziałem się, że "Hip Hop Be Bop (Don't Stop)" znalazł się na ścieżce dźwiękowej gry "Grand Thief Auto". Zapożyczyłem się by kupić konsolę Playstation tak samo jak i samą grę, by na własne oczy przekonać się czy to prawda. I tak też było. Podobna sytuacja miała miejsce z filmem "Shaun of the Dead", gdzie został wykorzystany mój utwór, a Ja nic z tego nie uzyskałem. Licencja na moje materiały zdawała się być wszechobecna. Postarałem się o zatrudnienie prawnika. Lecz i tak było za późno by wskórać w tej sprawie coś konkretnego. Prawo w Stanach, jest bardzo krzywdzące dla artystów, muzyków. Jeśli przez pierwsze sześć lat nie robisz nic by postarać się o odzyskanie należnych ci tantiem, potem sprawa jest z góry przegrana. Jest za późno, przy tym jak wytwórnie zdążyły się już obłowić twoim kosztem. Bardzo ważne jest dziś młodzi artyści, muzycy byli świadomi tego co proponuje im biznes muzyczny i byli na niego przygotowani.

Co działo się dalej, jak sobie radziłeś?

Byłem twardy. Produkowałem muzykę, za $100 czy $50 (śmiech). Pracowałem z ludźmi, którzy nie mieli środków na ich opłacanie. Mój kumpel Paul Zone, wpadł kiedyś do mnie do studia w Brooklynie i nagrywaliśmy u mnie w sypialni (śmiech). Z innym gościem mieli grupę Man 2 Man, bez podtekstów gejowskich, jak wszyscy na początku myśleli. Jeśli grupa liczyłaby 3, wtedy byli by Men 3 Men, czy coś w ten deseń, nic poza tym. Nagraliśmy razem kawałek "Male Stripper" i zapłacili mi wtedy chyba $50. Napisali mi wtedy na obudowie jednego z moich syntezatorów, jak to ma wyglądać i następnego dnia było po wszystkim. Sprzedaliśmy chyba dwa tysiące kopii, to było na tyle. Około półtora roku później, dowiedziałem się przez telefon, że na liście przebojów w Wielkiej Brytanii ten numer zajmuje #14 lokatę i szybko pnie się w górę na #7, a co niektórzy spodziewają się nawet #1. Byłem zaskoczony, z początku nie wiedziałem nawet o jaki singiel chodzi... Dopiero później dotarło do mnie, że chodzi o Men 2 Men Meets Man Parrish - Male Stripper (śmiech). Byłem zażenowany, kupiłem egzemplarz Billboard'u i tak właśnie było... Male Stripper na #14, notowania angielskiej listy przebojów.

Znalezienie Paul'a zajęło mi kilka miesięcy. Gdy już mi się to udało, zapytałem go dlaczego bez poinformowania mnie umieścił moje imię na singlu. Przekazał mi informację, że próbował się ze mną kontaktować, zaprosił mnie do Londynu, bym nagrał remix naszego numeru. Warunkiem było zachowanie całej sprawy w tajemnicy, ze względu na pozwolenie na pracę, którego chcieliśmy uniknąć. Więc wysiadając na lotniku z samolotu, zaatakował mnie tłum fotoreporterów (śmiech). Przed moim przybciem do Anglii, jakiś dzieciak z wytwórni puścił w obieg plotkę, że sypiam z Madonną (śmiech). Musiałem więc udzielić odpowiedzi na rzeczy o których nie miałem bladego pojęcia. Tak więc wywiadem zajęła się jedna z tych "królowych z wytwórni", które mnie odbierały. A szczegóły plotki dotyczyły, takich spraw jak "Manny, ma podrapane plecy przez Madonnę", albo "Jakim cudem Madonna spotyka się ze mną, u mnie w domu na Brooklynie", więc na podobne pytania padały, równie absurdalne, wyssane z palca odpowiedzi  tj "Manny ma gosposię, która za każdym razem zawiją Madonnę w ręczniki, kładzie na tylnym siedzeniu auta i zakrada się pod tylne drzwi jego domu" (śmiech). Rozumiecie, że to takie żarty, tak?

Budząc się następnego dnia, gdy ktoś walił do drzwi; otwierając obejrzałem całą historię dotyczącą plotek, na pierwszej stronie gazety, pt: "Man Parrish sleeps with Madonna (Man Parrish sypia z Madonną)". Byliśmy tak spłukani, że odpuściliśmy sobie całą sprawę, tylko by móc coś normalnie zjeść, śniadanie, obiad czy lunch. Umawialiśmy się na wywiady tak by mieć okazję zjeść coś za darmo. Potem wracaliśmy metrem do hotelu, by nie dać się złapać na tym gdzie nocujemy, a nocowaliśmy w tak podrzędnym hotelu, gdzie trzeba było płacić za ogrzanie pokoju. To były ciężkie czasy. Kontynuowaliśmy całą sytuację, do momentu gdy zdałem sobie sprawę, z tego, że może to się źle dla nas skończyć. Miałem na myśli postępowanie sądowe i pozwanie za zniesławienie. Gdy z Nowego Jorku zadzwonił do mnie ojciec by powiedzieć o telefonach z prasy w Stanach, która chciała wiedzieć czy rzeczywiście spotykam się z Madonną, zrozumiałem, że trzeba z tym skończyć. Zaplanowaliśmy ustawioną sesję zdjęciową, gdzie miałem pozować w łóżku z kobietą, natomiast paparazzi mieli uchwycić nas w intymnej scenie prosto z balkonu. Fotograf złapał mnie w sytuacji gdy wykrzyczałem "Wynoś się stąd", razem z wyciągniętym palcem w jego strone, tak więc cała farsa zakończyła się nagłówkiem "Złapany na gorącym uczynku! Kochanek zdradzający Madonnę" (śmiech).

full interview @ redbullmusicacademy.com
wywiad/interview by Gerd Janson 
tłumaczenie/translation/poprawki: kOOl MiKe 

Brak komentarzy: